Rajd rowerowy w Bieszczady

...now browsing by tag

 
 

Rajd rowerowy w Bieszczady – 4 dzień

czwartek, Sierpień 18th, 2005

Kalnica – Buk – Bukowiec – Polańczyk – Solina – Uherce Mineralne – Lesko – Zagórz – Sanok, 79 km

Z założenia ten dzień miał być dniem odpoczynku spędzonym na miejscu, w schronisku w Kalnicy. Jednak figla spłatała nam pogoda- od rana siąpił deszcz. Na szybko zaklepaliśmy nocleg w Sanoku i dzień odpoczynku mieliśmy zamiar spędzić na spokojnym dojeździe do Sanoka (ok. 75 km). Pierwszy raz uśmiechnęło się do nas szczęście, gdy mieliśmy już wyjeżdżać, przestał padać deszcz i tylko chłodna pogoda nie nastrajała zbyt optymistycznie do jazdy. Szczerze mówiąc, dla mnie pierwsze km były udręką. Jechaliśmy lekko pod górę, ale w ogóle nie czułem mocy w nogach, jakby były z kamienia. Po drodze stanęliśmy na moment, żeby zrobić zdjęcie nad strumieniem. Stały tam 3 panie w gumofilcach. Poprosiliśmy jedną o zrobienie zdjęcia. Bidulę nieźle zawstydziliśmy, bo jak robiła zdjęcie, to cyfrówkę przyłożyła na odwrót (może się zasugerowała ładnym LCD)- zobaczyliśmy jej wielkie oko w ekranie. Po szybkim kursie robienia zdjęć, udało się i zrobiła swoje pierwsze w życiu zdjęcie cyfrówką. Z przejęcia tak drżała, a aparat razem z nią, że cyfrzak nie złapał ostrości ;). Nic to, trzeba jechać dalej. Wypompowany, z ulgą przyjąłem wiadomość, że zmieniamy kierunek jazdy- po 8 km skręcaliśmy na północny- wschód i tak mieliśmy jechać przełomową doliną Solinki aż do Bukowca. Pomijając asfalt- dziura na dziurze- jechało się bardzo dobrze. Dolina była bardzo malownicza i co chwila zatrzymywaliśmy się na zdjęcia. Potem mieliśmy kilka ciężkich podjazdów i równie stromych zjazdów. Ale tego dnia walczyliśmy dzielnie, ze swojej strony mogę powiedzieć, że na żadnym podjeździe nie poddałem się. Szczególnie spodobały nam się widoczki na zalew Soliński z drogi biegnącej kilkadziesiąt/set metrów wyżej, na górkach. Kilka razy stawaliśmy na foty, a w samej Solinie zrobiliśmy dłuższą przerwę. Spędziliśmy ją na wysyłaniu kartek i robieniu zdjęć zapory. Pełni zapału ruszyliśmy na Lesko. Na trasie osiągnąłem najwyższą prędkość całego rajdu- 72,9 km/h. Potem mocno się zdziwiliśmy, bo do Uherców Mineralnych było względnie płasko. Następnie trzeba było się wspiąć na kilka wzniesień, by zaraz zjechać do Leska. W Lesku zrobiliśmy przystanek, żeby Łukasz mógł sfotografować miejscowy kościół. 3 dziewczyny, które zapytał, ile zostało do Sanoka, odpowiedziały, że w ch** (inteligentni niech się domyślą, o co chodzi ;). Po tym fakcie zaczęliśmy szukać przecudnych skałek, o których wg zapewnienia mojego brejdaka „nie było w żadnych przewodnikach turystycznych napisane, a wiedzieli o nich tylko miejscowi”. Rzeczywiście miejscowi coś wiedzieli, my natomiast straciliśmy dobrą godzinę na włóczeniu się po polach, a skałek ani widu, ani słychu. Zagadka pozostaje zagadką, a my sprawę leskich skałek pozostawiamy innym badaczom. Sporo zresztą się naklęliśmy, bo jak szukaliśmy dojazdu do drogi głównej, to miejscami musieliśmy pokonać drogę „po felgi” w błocie. Po całym zajściu zdecydowaliśmy się, że bratu trzeba jakąś ksywkę wymyślić, związaną ze skałkami. Ja zaproponowałem „pustak”, a Łukasz „beton”. Ostatnie 15 km pokonaliśmy w zabójczym, jak na góry tempie- przez Zagórz przejechaliśmy jak burza i może dlatego zapomnieliśmy o zabytkowych ruinach jakiegoś religijnego miejsca (klasztor/opactwo/kościół- coś w tym stylu). Gdy dojechaliśmy do Sanoka i znaleźliśmy schronisko, stwierdziliśmy, że jest to zdecydowanie najlepszy PTSM w tym roku. Nowe pokoje z meblami, duża, uposażona kuchnia i wyremontowane łazienki wywarły na nas pozytywne wrażenie. Bardzo miła była też pani mająca dyżur w schronisku, pozdrawiamy! Szkoda tylko, że przez przygodę ze skałkami musieliśmy spędzić dobrą godzinę na pucowaniu rowerów. Po czyszczeniu czas na kąpiel, później kolację, pogadanie o jutrzejszej trasie, no i lulu spać :).

Rajd rowerowy w Bieszczady – 3 dzień

środa, Sierpień 17th, 2005

Przemyśl – Krasiczyn – Bircza – Tyrawa Wołoska – Lesko, 78 km (autobusem z Leska, przez Baligród do Kalnicy – 49 km)

Rano stwierdziłem, że Anglika już nie było, chociaż wstaliśmy o 7.20. Chłopaki mi powiedzieli, że chyba moje chrapanie go zdegustowało, musiał się chłopina nie wyspać :D.

W żółwim tempie zjedliśmy śniadanie, tym razem kanapki z serem i kiełbasą. Dostało nam się od studentek, które słyszały jak rzucaliśmy kilka niewybrednych przekleństw. O ile wstaliśmy rano, o tyle z postanowienia szybkiego wyjazdu nic nie wyszło. Pakowanie sakw znowu zabrało nam dużo czasu. Potem jeszcze kręciliśmy się po Starówce, gdzie narobiliśmy pełno zdjęć. Weszliśmy też na ruiny zamku.

Na koniec wreszcie, przed 11, zdecydowaliśmy się szukać klucza, żeby moje koło porządnie dokręcić. Sztuka ta udała się dopiero w 4 czy 5 sklepie motoryzacyjnym… a może szóstym? Trochę zdenerwowani ruszyliśmy w kierunku pierwszego tego dnia celu turystycznego- Krasiczyna.

Na zamku pierwszy raz złamaliśmy nasze zasady, płacąc po 0,5 zł za wejście i umożliwiliśmy sobie tym samym zwiedzenie zamku z poziomu parku wokół niego ;). Na zwiedzenie środka i tak nie mieliśmy czasu. Bilety wprawdzie nie były drogie (ulgowy chyba kosztował 2 zł), ale zwiedzać wnętrza można było wyłącznie z przewodnikiem o pełnych godzinach. Szkoda, bo przynajmniej z zewnątrz zamek w Krasiczynie to cudo architektoniczne przypominające baśniowe zamki z bajek Disneya.

Komu w drogę, temu czas, ruszyliśmy w kierunku Gór Słonych, a nad nami zbierały się ciemne chmury… Pierwsze krople deszczu spadły na kilometrowym podjeździe, ja się już w połowie wykruszyłem i prowadziłem rower. Nasza kolumna rowerowa ze względu na jakość sprzętu i formę fizyczną rozciągnęła się chyba na 1 km. Z przodu jechał Łukasz, który żadnej górce nie dał ze sobą wygrać, w środku ja, przeważnie podejmując walkę i szybko rezygnując, a na końcu Marcin, który ze swoimi przełożeniami walkę z górą przegrywał na starcie. A deszcz z minuty na minutę robił się silniejszy.

W końcu tak lało, że wszyscy się zjechaliśmy pod wiatę przystanku PKS, gdzie wkurzony Łukasz (istnieje lepsze słowo na określenie tego stanu, ale ze względu na powagę miejsca, nie wypada mi go użyć) trochę się ze mną posprzeczał. Generalnie w kłótni chodziło o to, że pojechaliśmy w góry bez przygotowania sprzętowego i fizycznego.

Po zakończeniu dyskusji zaczęło się uszczelnianie. Łukasz wykorzystał do tego celu worki, które kupił rankiem, tego dnia, Marcin miał już przygotowany worek na sakwę. Ja natomiast, z natury leniwy, w 2 minuty zabezpieczyłem sakwę, korzystając z jednorazowego płaszcza przeciwdeszczowego. Nawet nie chciało mi się zakładać na siebie czegokolwiek, bo i tak wiedziałem, że na nocleg dojadę kompletnie przemoczony. I tak nasza kolumna wyruszyła w dalszą drogę. Przyszło nam też walczyć z kolejnymi podjazdami. Metodą prób i błędów doszedłem do tego, jak powinienem zmieniać przełożenia, żeby dojechać przy jak najmniejszym wysiłku. Niestety pogoda nie rozpieszczała, nawet nie chciało się spojrzeć na piękne góry, bo deszcz lał równo przez okrągłą godzinę. Co pewien czas przystawaliśmy, żeby się spotkać.

Ze względu na różną formę fizyczną i styl jazdy każdy z nas jechał w swoim tempie. Tak było wygodniej. Mi lepiej podjeżdżało się samemu, a i tak po każdym podjeździe musieliśmy czekać na Marcina, który niejako nabierał już wprawy w … podchodzeniu pod góry. Jego rower kompletnie nie nadawał się w góry. Choć to może jego nogi były za słabe.

Po jakiejś godzinie musieliśmy pokonać następny, kilometrowy podjazd usiany serpentynami. Dojechałem do niego przed chłopakami i zacząłem własną, samotną walkę ;).

Podjeżdżało się całkiem dobrze, myślałem nawet, że w tempie 10 km/h dojadę przy przełożeniach 1:1 , ale nie miałem nawet pojęcia, jak bardzo się myliłem. Im więcej ruchów nogami na tej z pozoru luźnej przerzutce wykonywałem, a podjazd robił się coraz bardziej stromy, tym większy ból czułem w mięśniach. Było zdecydowanie za zimno. W połowie musiałem zejść, żeby przez jakieś 200-300 metrów prowadzenia roweru odpocząć sobie. Ostatecznie jednak podjechałem i była to moja pierwsza serpentyna, którą pokonałem po heroicznym boju ;). Potem nieco ociągałem się ze zjazdem, żeby chociaż nawiązać kontakt wzrokowy z chłopakami, oni jednak byli daleko. Co pewien czas dzwoniliśmy do siebie, żeby się upewnić, czy jedziemy tą samą drogą.

Do 3 tego dnia serpentyny dojechałem jako pierwszy. Nawet nie przypuszczałem, jaką walkę będę musiał stoczyć z 1,5 km podjazdem. Do samej serpentyny prowadził zresztą już podjazd, który mocno dał mi w kość. Na serpentynie powalczyłem tylko przez pierwsze 300-400 m. Potem czułem się nieciekawie. Duży ból w nogach, ogólne zmęczenie i wychłodzenie, niska temperatura – nic z tych czynników nie pomagało. Dobrze, że chociaż deszcz przestał padać. Serpentyny chyba pokonywałem przez pół godziny na pieszo. Na szczycie okazało się, że przekraczaliśmy główny masyw Gór Słonych, na lewo i prawo można było leśnymi ścieżkami dojść do szczytów mających powyżej 500 m n.p.m. Żeby było śmieszniej, wyczytałem, że cały czas jechaliśmy czarną ścieżką rowerową „z wojakiem Szwejkiem”. Sam z siebie się śmiałem. Pewnie sporo ludzi by wymiękło pod tą górkę na sucho, a my próbowaliśmy ją zdobyć z sakwami na bagażnikach ;).

Na szczycie na resztę musiałem sobie poczekać trochę. Zorientowałem się przy okazji, że widoczność jest mniejsza niż 100 m – wszystko przez gęstą mgłę. Po jakichś 20 minutach dotarł Łukasz, poza skrótem, jaki zrobił przez jakieś pole na nogach, cały czas podjeżdżał. Na Marcina czekaliśmy dość długo. Gdy już dojechał, mogliśmy się cieszyć kilkoma kilometrami z górki- również przez serpentyny. Pomimo wolnej drogi i dobrego asfaltu nie ryzykowaliśmy- na hamulcach zjeżdżaliśmy ok. 50-60 km/h, bo asfalt był mokry, a my zmęczeni. Mogliśmy nie zapanować nad rowerem w przypadku poślizgu. Przy rozjeździe zdecydowaliśmy, że jest zbyt późno na zwiedzanie Sanoka (mieliśmy zwiedzić Sanok, a potem jechać na nocleg do Kalnicy).

Byliśmy tak zmęczeni, że postanowiliśmy złapać autobus w Lesku i dojechać nim do Kalnicy. Doliną jakiejś rzeczki jechaliśmy po względnie płaskim terenie do samego Leska. Po drodze mijaliśmy ruiny zamku Sobień, ale darowaliśmy sobie ich obejrzenie.

Gdy dojechaliśmy do Leska, Łukasz zrobił sobie małą wycieczkę i nie wiedzieć dlaczego, zderzył się ze znakiem drogowym :D. Po tym wypadku zrezygnował i podjechał na dworzec PKS. Mieliśmy to szczęście, że już 2 autobus nas zabrał i w dodatku do samej Kalnicy. Zaoszczędziło nam to 50 km walki tego dnia- raczej nie dalibyśmy rady. Na miejscu noclegu stwierdziliśmy, że Kalnica znajduje się właściwie w dzikiej głuszy. W schronisku był duży ruch- oprócz nas były dwie ekipy, a na wieczór do naszej, wieloosobowej sali miało dojść jeszcze kilkanaście osób. W ostatniej chwili zrobiliśmy zakupy w jedynym w Kalnicy sklepie.

Schronisko w Kalnicy to typowa baza wypadowa. Kierowniczka była bardzo miła, pokazała nam całe schronisko, a za nocleg policzyła 14,2 zł. Zjedliśmy kolację i trochę pogadaliśmy sobie z ekipą z Łęcznej, która z nami dzieliła wieloosobówkę.
Na koniec okazało się, że kilkunastoosobowa ekipa, która miała dojechać na nocleg, to studentki, które już mieszkały z nami w Przemyślu. Niestety, było dla nich nie do pomyślenia, że będą spać z chłopcami w pokoju wieloosobowym, więc zrezygnowały i wyjechały. I dobrze, było więcej miejsca dla nas!

Rajd rowerowy w Bieszczady – 2 dzień

wtorek, Sierpień 16th, 2005

Stalowa Wola – Nisko – Sokołów Małopolski – Medynia Głogowska – Łańcut, 80 km (autobusem z Łańcuta przez Przeworsk, Jarosław do Przemyśla – 70 km)

Nieprzywykli do szybkiego pakowania i porannego wstawania, mieliśmy rano niezłą obsuwę czasową. Na śniadanie zaliczyliśmy na szybko kanapki z pasztetem, bo czekała nas jeszcze wizyta w serwisie rowerowym- Marcin przed wyjazdem w góry nie pomyślał, że przy jego przedniej zębatce 52, dobrze byłoby zamontować przednią przerzutkę, która umożliwiłaby mu korzystanie z mniejszej zębatki na podjazdach ;). I tak zeszło nam z 1,5 godziny. Ostatecznie Stalową Wolę opuściliśmy przed 12. Chcąc nadrobić opóźnienie, Łukasz pojechał na „jedynce” i podciągnął trochę tempo. Jechało się o tyle dobrze, że wciąż znajdowaliśmy się w Kotlinie Sandomierskiej i jechaliśmy dość płaskim odcinkiem. Ruch na trasie był spory, ale jechało się w miarę bezpiecznie. Im bliżej było Sokołowa Małopolskiego, tym teren stawał się bardziej górzysty. W Sokołowie urzekł nas stary kościół z wysoką wieżą. Zatrzymaliśmy się na moment, zrobiliśmy kilka zdjęć, by następnie odbić w mniej uczęszczaną drogę na Medynię Głogowską.

Okazało się, że przez przypadek wjechaliśmy na krajoznawczy szlak rowerowy. Powstanie szlaku jest związane z okoliczną tradycją garncarstwa. Zresztą po drodze minęliśmy muzeum garncarstwa, w miejscowości Medyka. Niestety, nie udało mi się namówić chłopaków na wydatek paru złotych, za które mogliśmy zobaczyć od wewnątrz skansenik. Po zrobieniu kilku zdjęć z zewnątrz, pojechaliśmy dalej.

Tuż przed Łańcutem pojawiło się kilka bardzo ciekawych podjazdów, na jednym z nich Marcin i ja odpadliśmy i pełni szacunku dla górki, zaczęliśmy pod nią prowadzić rowery. Łukasz nie odpuścił i dzielnie podjechał pod ścianę.

W samym Łańcucie spotkała nas niespodzianka, ale nie przejęliśmy się za bardzo. Mianowicie dojechaliśmy o 15.30, na zwiedzanie Pałacu było za późno, mogliśmy jedynie zobaczyć wozownię. Starym zwyczajem zrobiliśmy na terenie starego parku wszystko, co można było zrobić za darmo- pełno zdjęć z zewnątrz.

W szybkim opuszczeniu Łańcuta przeszkodziła nam niestety burza. Lało chyba z godzinę. Gdy tak czekaliśmy w parku koło pałacu, obok przechodziła rodzinka. Sytuacja komiczna – rozeźlona żona łajała męża: „Zachciało się k**** zwiedzania, jak pałac czynny do 16”. Sytuacja nam trochę poprawiła humory, chociaż pogoda poprawić się nie chciała…

Zrezygnowani poszliśmy w końcu na peksy. Było zbyt późno, żeby w ogóle marzyć o dojechaniu na czas do Przemyśla. Z Łańcuta do Przemyśla było 70 km, a my tego dnia już byliśmy nieco zmęczeni. Na dworcu czekaliśmy chyba z godzinę, aż się jakiś autobus pojawi.

Dopiero kierowca 3 autobusu zgodził się nas zabrać. Szkoda tylko, że bileciki takie drogie – 17 zł za 70 km to jednak dużo.

W zasadzie mogliśmy żałować, że tego dnia złapał nas deszcz, bo musieliśmy zrezygnować z obejrzenia Jarosławia, pozostało nam jedynie patrzenie na miasto przez szyby starego autosana.

Dobrze, że Przemyśl nas nie ominął – piękne miasto. Z jednej strony góry, z drugiej wypłaszczenie, dolina Sanu. Bardzo malownicza okolica.

Szczególnie pięknie prezentowała się Starówka z licznymi kościołami, zabytkowymi kamienicami i zamkiem.

Na zwiedzanie było trochę późno, więc najpierw pojechaliśmy do PTSM Niedźwiadek. Nocleg znaleźliśmy dość łatwo, po zostawieniu wszystkich bagaży wyjechaliśmy na miasto, żeby nieco się zorientować w sytuacji, co jest do zobaczenia. Poza tym czekały nas małe zakupy.

Pech nas tego dnia nie opuszczał i gdy byłem w połowie podjazdu do zamku, odkręciło mi się koło (miałem pokrzywioną osłonę przerzutki, przez co nie można było dobrze dokręcić śruby). Brak odpowiednio wytrzymałego klucza sprawił, że tego wieczora jeszcze raz trzeba było dokręcać koło, żeby tylko dojechać do noclegu. W PTSM zapłaciliśmy 16 zł, dostaliśmy za to miejscówki w wieloosobowej sali. Tego samego wieczora był w niej z nami tylko Anglik wracający z wycieczki na Ukrainie. W schronisku panował fajny, turystyczny klimacik, na innym piętrze zakwaterowało się 11 studentek z Radomia i okolic (na podstawie tablic rejestracyjnych ich busa ;). Po kolacji (2 dzień z rzędu ryż+ sos słodko-kwaśny oraz duży jogurt) przyszła chwila na refleksje. Z Łukaszem ustaliliśmy, że zdecydowanie za późno przyjeżdżamy do schronisk i jemy zbyt dużą kolację. Po 23 położyliśmy się spać z postanowieniem, że wstaniemy o 7.