Rajd rowerowy w Bieszczady

...now browsing by tag

 
 

Rajd rowerowy w Bieszczady – 7 dzień

niedziela, Sierpień 21st, 2005

Tarnobrzeg – Wrzawy – Skowierzyn – Radomyśl n. Sanem – Annopol – Józefów – Zagłoba – Janowiec – Zwoleń, 152 km

Szybko się przekonaliśmy, że trasa będzie bardzo nudna. Po drodze w zasadzie mieliśmy tylko jedną przygodę. Okazało się, że miejsce, w którym chcemy się przeprawić przez San na promie, nie wypali, bo prom w niedziele nie kursuje. Przez to musieliśmy odbić na wschód i nadłożyć kilka km, ale po fakcie szybkim tempem (momentami do 36 km/h) przejechaliśmy przez Annopol i Józefów, zatrzymaliśmy się dopiero w Zagłobie, gdzie Łukasza mama uraczyła nas obiadkiem. Nabraliśmy sił, przegraliśmy zdjęcia z cyfrówki Łukasza na płytę i skierowaliśmy się na Zwoleń. Łukasz pojechał z nami do Janowca, pokazując przy okazji skrót do promu. Przez Wisłę przeprawiliśmy się szybko, do domu pozostało jeszcze 30 km. Nie zwolniliśmy wcale, chociaż mimo godziny 16 mieliśmy za sobą ponad 120 km. Tuż przed Zwoleniem zaczęło mnie pobolewać ścięgno w podudziu i kręciłem kilometry jedną nogą. Ostatecznie wszystko dobre, co się dobrze kończy… czy jakoś tak. Do domu dojechaliśmy i już planujemy przyszłoroczny wypad!

Rajd rowerowy w Bieszczady – 6 dzień

sobota, Sierpień 20th, 2005

Pilzno – Dębica – Przecław – Mielec – Baranów Sandomierski – Tarnobrzeg, 97 km

Rano nie było za dużo jedzenia, zjedliśmy na szybko jakieś gorące kubki, zrobiliśmy sobie z p. Stachem zdjęcie przed szkołą, później pojechaliśmy obejrzeć dwa kościoły w Pilźnie. Wreszcie trzeba było wyruszyć w drogę. Jechaliśmy razem z kolarzem ze Szczecina w kierunku Dębicy. Tam też pożegnaliśmy się ze starszym panem, który miał mieć pociąg do domu, a my, po zjedzeniu kilku słodkich bułek, ruszyliśmy w kierunku Mielca. Po wrażeniach, jakie pozostawiły na nas góry, płaska droga przez widły Wisły i Sanu była bardzo nurząca. Przeszkadzał wiatr, który wiał pierwszy raz od kilku dni. Przed Mielcem zatrzymaliśmy się w miejscowości Przecław, gdzie zrobiliśmy kilka zdjęć prywatnego zamku- za free. Niedaleko był zresztą drugi prywatny zamek, ale trzeba było zbaczać z drogi więc sobie darowaliśmy. W Mielcu nawet się nie zatrzymaliśmy, strasznie długie miasto ;). Na trasie nie mieliśmy żadnych ciekawszych wydarzeń, raz zatrzymaliśmy się na małe zakupy. Nigdzie nie było napojów izotonicznych :(. Ostatnie zwiedzanie mieliśmy w Baranowie Sandomierskim, gdzie oglądaliśmy zamek. Dość dobrze zachowany, więc zapraszam do obejrzenia. Przed samym Tarnobrzegiem zaintrygował nas wielki zalew, nad którym nikt nie przebywał mimo soboty i słonecznej pogody. Okazało się, że jest to kopalnia siarki ;). Nocleg nasz znajdował się tuż koło centrum, w gminazjum. Poza prysznicem, który pozostawiał wiele do życzenia, byliśmy zadowoleni. W końcu zapłaciliśmy tylko 10 zł ;). Kierowniczka zostawiła nam radio, dzięki czemu pierwszy raz od prawie tygodnia mogliśmy sobie posłuchać muzyki. Postanowiliśmy, że następnego dnia musimy wyjechać najpóźniej o 8.30, bo czeka nas długa droga.

Rajd rowerowy w Bieszczady – 5 dzień

piątek, Sierpień 19th, 2005

Sanok – Miejsce Piastowe – Krosno – Odrzykoń – Jasło – Brzostek – Pilzno, 129 km

Nad ranem szybko zjedliśmy kolację, powiedziałem chłopakom, że spotkamy się w centrum Sanoka i żeby nie tracić czasu, pojechałem do centrum napisać i wysłać pocztówki. Gdy wreszcie Marcin i Łukasz dojechali, porobiliśmy trochę zdjęć- m.in. z wojakiem Szwejkiem, obejrzeliśmy zamek i przejechaliśmy przez most na Sanie, żeby odwiedzić sanocki skansen. Z góry zaznaczam, że jeżeli ktoś będzie w Sanoku, to największą głupotą, jaką zrobi, będzie zrezygnowanie ze zwiedzania tutejszego muzeum etnograficznego. Na dużym terenie, w lesie i na łąkach znajduje się kilkadziesiąt chat różnego budownictwa i różnych ludów mieszkających w górach. Można zwiedzać z przewodnikiem 2-3h lub na własną rękę. My oczywiście nie mięliśmy czasu i wybraliśmy drugą opcję. Bilety kosztowały nas 6 zł- ulgowe. Uzbrojeni w aparaty z zaciekawieniem oglądaliśmy różne chałupy, kuźnie, cerkwie. Była również wystawa maszyn wydobywczych i zaplecza przemysłu naftowego. Polecam! Po jakiejś godzinie zwiedzania i robienia zdjęć stwierdziliśmy, że przygodę Sanok czas zakończyć i udaliśmy się w kierunku Krosna. O ile poprzedniego dnia mięliśmy najpiękniejsze widoki na Bieszczady w ciągu całego wyjazdu, o tyle teraz zaczynaliśmy się powoli od nich oddalać. Szybkim tempem ok. 28 km/h jechaliśmy ruchliwą krajówką. W Krośnie zrobiliśmy trochę zdjęć w centrum, ale miasto nie umywa się do Przemyśla. Zjedliśmy też obiad. Po zasięgnięciu języka wiedzieliśmy mniej więcej, jak dojechać do ruin zamku Odrzykoń. Spotkała nas też niemiła niespodzianka. Pewni, że już dawno wyjechaliśmy z gór, z zaskoczeniem przyjęliśmy wiadomość, że do zamku prowadzi stroma droga pod górę, podjazd długości ok. 1 km. Zdobyliśmy nieco formy w dniach poprzednich, więc większość podjazdu udało mi się pokonać na rowerze. Ostatnie kilkaset metrów musiałem zejść z Maxima, żeby go podprowadzić. Gdy zobaczyliśmy wreszcie Odrzykoń, stwierdziliśmy, że nie warto było. Podjazd rowerem był ciężki, a zobaczyliśmy jedynie ruiny zamku. Zrobiliśmy kilka fotek z daleka i zawróciliśmy. Przez pół godziny wypytywaliśmy się, jak dojechać do drogi głównej, straciliśmy przy tym sporo czasu. Była chyba godzina 17, gdy wreszcie wyjechaliśmy do drogi na Jasło. Do noclegu mięliśmy jakieś 50 km, a umawialiśmy się z kierownikiem noclegu na 20. Musieliśmy niezłe tempo nakręcić, żeby zdążyć. Na szczęście podjazdów nie było prawie żadnych (małe góreczki, na które wjeżdżaliśmy z rozpędu), więc drogę do Jasła pokonaliśmy dość szybko. Łukasz jednak zaczął narzekać na bóle w ścięgnach- podobno wina SPD’ów, brakowało już nam powoli energii, więc na gwałt szukaliśmy w sklepach napojów izotonicznych. Pech chciał, że nigdzie nie było PowerRade, więc musieliśmy się zadowolić V-max’em. Droga do Pilzna (tam był nasz nocleg) mocno się dłużyła, zaczęło mnie boleć kolano, z którym mam zawsze problem, gdy jeżdżę na wysokich przełożeniach szybkim tempem. Ostatecznie udało się i dojechaliśmy do miasteczka. Na szybko zrobiliśmy zakupy- wiedziony przeczuciem nie robiłem sprawunków, które będzie trzeba gotować, tylko chleb na kanapki. Nieźle nam się udało, bo w noclegu się okazało, że nie ma kuchni, jest tylko czajnik elektryczny. Ale wszystko da się przeżyć, w końcu zapłaciliśmy jedyne 11 zł. W noclegu mięliśmy pokój przechodni z panem Stachem. Jest to bardzo sympatyczny, starszy człowiek, przodownik turystyki kolarskiej ze Szczecina. Był w podróży od miesiąca. Po małym praniu, które musiałem wykonać i kąpieli, siadłem z chłopakami i z p. Stachem, rozmawialiśmy sobie do późnej godziny na temat podróży rowerowych, odznak PTTK itp. Potem trzeba było się kłaść spać, następnego dnia mieliśmy dojechać do Tarnobrzega.