Szlak latarni morskich – 2 dzień – Świnoujście – Stary Borek

Written by Kolo on Sierpień 7th, 2009

Nie ma kryzysu :). Tak można podsumować 2 dzień zmagań rajdu rowerowego szlakiem latarni morskich. Latarnia w Świnoujściu, Kikut i latarnia w Niechorzu zdobyte. Dystans też spory. Wszystko w słonecznej aurze.

Dzień zaczęliśmy od skromnego śniadania z produktów, które zdołaliśmy kupić w sobotę wieczorem przy przystani promowej (a półki w tamtejszych sklepach bywają czasem puste). Następnie skierowaliśmy się do pierwszej latarni morskiej na szlaku – latarni w Świnoujściu. Znajdowała się niedaleko naszego noclegu i już poprzedniego wieczora widzieliśmy znak kierujący do niej. Dość leniwym tempem, ale już ze wszystkimi bagażami na przyczepkach, dojechaliśmy do latarni. Widać było ją z daleka, jest zresztą najwyższa ze wszystkich na szlaku.

Ponad 300 schodków trzeba było pokonać, żeby znaleźć się na szczycie latarni. Ale było naprawdę warto, widok z góry– olśniewający. Widać wyjście z portu, jak również ruiny twierdz strzegących wejścia do niego.

Po zejściu z latarni udaliśmy się do fortu, który znajduje się zaraz obok latarni. Fort Gerharda zwany jest potocznie fortem wschodnim. Same fortyfikacje to zaledwie kilka zachowanych umocnień, ale oprawa tego wszystkiego – przewodnik w mundurze, oprowadza wycieczki w ciekawy sposób – musztruje wycieczkowiczów oraz strzela z armaty na zakończenie. Daje to w sumie dość ciekawą atrakcję. Moim zdaniem fort warto więc odwiedzić.

Ponieważ czasu było mało, po odwiedzeniu fortu pojechaliśmy do Międzyzdrojów. Tam zjedliśmy drugie śniadanie pod sklepem spożywczym. Łukasz przeżył małe piekło, gdy wszedł do środka na zakupy, kolejki były nieziemskie. W czasie posiłku mieliśmy ciekawą dyskusję z pewnym kolarzem, który przyjechał wczasować się w cywilu (czyt. bez roweru). Poopowiadaliśmy sobie trochę o naszych wrażeniach związanych z turystyką rowerową.

Ponieważ atmosfera Międzyzdrojów była przytłaczająca (masa ludzi na deptaku), zrobiliśmy sobie jedynie pamiątkowe zdjęcie przy alei gwiazd i szybko uciekliśmy z miasta. Za nim niespodzianka – ruchliwa droga w kierunku Kołobrzegu okazała się małą premią górską. Z niemałym trudem wjechaliśmy na dwie górki. Cała walka toczyła się na szczęście w lesie, więc nie zagotowaliśmy się w czasie tych podjazdów.

Za miejscowością Wisełka skręciliśmy w las do latarni morskiej Kikut. Dojazd jest dość specyficzny. Aby jechać jak najmniej terenem, należy wyjechać za miasto, po zjeździe z górki po prawej stronie jest tuż przy drodze jezioro, a po lewej – skręt w małe leśne osiedle domków. Po przejechaniu kilkuset metrów droga odbija w prawo, a na lewo można wjechać w las. Szlak leśny jest oznaczony kolorem czarnym. Jedzie się tak jakieś 2 km, następnie szlak czarny krzyżuje się ze szlakiem czerwonym. Należy na tym skrzyżowaniu skręcić w prawo szlakiem czerwonym, po chwili będzie ostry podjazd – z bagażami raczej nie podjedzie się. Na jego szczycie znajduje się latarnia Kikut.

Kikut jest nieczynny, więc na jego górę nie dostaniecie się. Nie jest też wymagany do zdobycia odznaki BLIZA. Moim zdaniem jednak warto pojechać do tej latarni, bo dojazd do niej jest genialny – pagórkowaty leśny teren przyjemnie się pokonuje, nawet z przyczepką rowerową.

Po zobaczeniu Kikuta do głównej drogi postanowiliśmy jechać czerwonym szlakiem, który ciągnął się dalej za latarnią. Składał się głównie ze zjazdów, więc jechało się tym bardziej przyjemnie. W kilku miejscach były jednak wystające korzenie i kamienie, a drogę nawet blokowały przewalone drzewa.

Szlak czerwony łączy się z drogą nr 102 za Kołczewem.

Po wyjechaniu na drogę asfaltową czekała nas przeprawa przez  piekło. Kolejne kilometry były dla nas straszne, bo prowadziły przez turystyczne miejscowości polskiego wybrzeża – Międzywodzie, Dziwnów, Dziwnówek. Przejazd główną drogą przez centrum miejscowości, pełno straganów, ludzi chodzących we wszystkich kierunkach i samochodów. Dla nas sprowadzało się to do ciągłego zatrzymywania na pasach i przed ludźmi, którzy nie wiedzą, że droga to nie chodnik.

Kolejny przystanek tego dnia zrobiliśmy sobie w Trzęsaczu, gdzie znajdują się ruiny kościoła, który kilka wieków temu był 2 kilometry w głębi lądu, a obecnie znajduje się na skraju klifu. Bardzo spektakularny efekt działania abrazji :).

Ruiny kościoła w praktyce okazały się raptem jedną zachowaną ścianą. Klif w pobliżu był zabezpieczony, żeby uchronić tą pozostałością przed losem tej części kościółka, której nam już nie było dane zobaczyć ;).

Po zobaczeniu kościoła w Trzęsaczu szybko pojechaliśmy za Rewal, do Niechorza, gdzie znajdowała się ostatnia latarnia tego dnia. Obawialiśmy się, że zostanie nam zamknięta tuż przed nosem, ale na szczęście godziny otwarcia  latarni były dłuższe, niż sądziliśmy. Panorama widoczna z góry latarni jest niczego sobie.

Nasz nocleg w Starym Borku był jednocześnie blisko i daleko. Najkrótsza droga wiodła wzdłuż morza, ale niepewny był fragment Pogorzelica – Mrzeżyno. Po rozmowie z miejscowymi zrezygnowaliśmy z tego wariantu, gdyż w pewnym momencie droga kończyła się i trzeba było manewrować na terenie starego poligonu i iść przez plażę. Pchanie roweru było niekoniecznie tym, na co mieliśmy ochotę.

Pojechaliśmy więc przez Trzebiatów. Droga ta pozostawiła po sobie bardzo miłe wrażenie. Teren jest tu pagórkowaty, a ruch o tej porze dnia (godzina 18 w niedzielę) niezbyt intensywny. W Trzebiatowie zatrzymaliśmy się na zakupy. Ja zrobiłem przy okazji kilka zdjęć ( jedyna zachowana wieża przy murach miejskich, ładny kościół i niczego sobie rynek).

Za Trzebiatowem pojechaliśmy jeszcze kilka km drogą na Kołobrzeg, a następnie zboczyliśmy na drogi lokalne. Bez większego błądzenia dojechaliśmy płytowymi drogami do Starego Borka, gdzie znajduje się schronisko PTSM.

Dzień nie był zbyt meczący. Przejechaliśmy 125 km w czasie 5 godzin i 31 minut. Etap zakończyliśmy ciepłym piwkiem ;).

Szlak latarni morskich. Trasa dzisiejszego przejazdu na mapie:

Leave a Comment