Szlak latarni morskich – 1 dzień – Szczecin – Świnoujście

Written by Kolo on Sierpień 7th, 2009

140 km w nogach, 5 godzin i 56 minut na siodełku. Szczecin, który raczej rozczarował; piękny, południowy kraniec wyspy Wolin, magicznie prezentujące się Jezioro Turkusowe i nudny dojazd do Świnoujścia. Tak można podsumować pierwszy dzień rajdu szlakiem latarni morskich.

Rajd szlakiem latarni morskich zaczęliśmy od przejazdu pociągiem z Warszawy do Szczecina W nocy z 31 lipca na 1 sierpnia. Była to pierwsza zmiana, pierwotnie mieliśmy jechać pociągiem ekspresowym do Szczecina i tam nocować w schronisku, ale ceny biletów okazały się zaporowe.

W pociągu niestety nie było wagonu przystosowanego do przewozu rowerów (choć miał być dostawiony, PKP – dziękujemy za niepoważne traktowanie pasażerów). Noc należała więc do tych z cyklu nieprzespanych. Spędziliśmy ją z rowerami na korytarzu z powodu braku miejsca w przedziałach. Wypoczynek przed 1 dniem jazdy utrudniało woodstockowe towarzystwo, które zmierzało na festiwal przy akompaniamencie seriami opróżnianych butelek.

Niewygody znieśliśmy dzielnie i tuż przed ósmą rano byliśmy w Szczecinie. To oficjalny start naszej wyprawy szlakiem latarni morskich. Oczywiście pierwszego dnia żadnych latarni nie było, ale zdecydowaliśmy się przejechać rowerami drogę ze Szczecina do Świnoujścia, bo nigdy tu jeszcze nie byliśmy i liczyliśmy na ładne widoki i pozytywne wrażenia ;).

Zaczęło się od rundki honorowej po zabytkowej części Szczecina. Nie było tego jednak wiele. Kilka ładnych kościołów, niezidentyfikowany jak na razie pomnik no i perełka w tym gronie – zamek książąt pomorskich. Obiekt godny uwagi. My pozwoliliśmy sobie jedynie na zewnętrzny ogląd z braku czasu.

Następnie skierowaliśmy się na drogę wylotową do Świnoujścia. Patriotyzm zwyciężył i postanowiliśmy jechać polską stroną, chociaż można się do Świnoujścia dostać i stroną niemiecką przez ładną trasę rowerową.

Nasza trasa z Dąbia wiodła natomiast drugorzędnymi drogami, ciągnącymi się wzdłuż jeziora Dąbie i miejscami przecinającymi otulinę Puszczy Goleniowskiej.

Wiatr pomagał, więc stosunkowo szybko pokonaliśmy względnie ruchliwą drogę przez Załom i Pucice. Następnie skręciliśmy w lewo na Czarną Łąkę i jechaliśmy do Lubczyny. Pogorszyła się jakość asfaltu, natomiast prawie do zera zmalał ruch samochodowy. Można było jechać więc spokojnie aż do Borzysławca. Po drodze od czasu do czasu widać było za łąkami lustro jeziora i przeciwległy brzeg, a nad nim najpierw Szczecin, a później, gdzieś na północnym zachodzie, kominy zakładów azotowych w Policach.

W Borzysławcu droga odbijała w prawo, natomiast miejscowi podpowiedzieli nam skrót. Dzięki ich pomocy zaoszczędziliśmy sporo drogi. Wprawdzie skrót wymagał przejechania fragmentem piaszczystej, polnej drogi, ale potem jechało się już drogą płytową przez poprzecinane kanałami irygacyjnymi łąki.

W ten sposób wyjechaliśmy na drogę nr 113 Święta – Modrzewie, z której następnie skręciliśmy na Stępnicę. Tam zaliczyliśmy chwilowy postój na odpoczynek. Nieprzespana noc i gorący, słoneczny dzień zrobiły swoje. Na szczęście nie było to zmęczenie uniemożliwiające jazdę i po kwadransie mogliśmy pojechać dalej, w kierunku Wolina.

W Wolinie panowała iście jarmarczna atmosfera. Wszak początek sierpnia to czas, kiedy w tej miejscowości gości festiwal wikingów. Całe tabuny turystów skupiły się wokół osady wikingów, rolę których odgrywały grupy rekonstrukcyjne i entuzjaści z różnych krajów.

Nam ta atrakcja średnio przypadła do gustu, więc szybko wyjechaliśmy z Wolina drogą e65. Czy rowerom wolno po niej jechać – nie wiemy. Alternatywy nie widzieliśmy, więc wybraliśmy ruchliwą trasę, która na szczęście miała szerokie pobocze.

Po kilku kilometrach, za Dargobądziem, wjechaliśmy do lasów będących częścią Wolińskiego Parku Narodowego – wrażenie niesamowite. Wiekowe lasy po obu stronach drogi dawały przyjemny cień. Szkoda tylko, że ruch na drodze był spory.

W planach mieliśmy zjazd do Wapnicy i zobaczenie Jeziora Turkusowego. Przegapiliśmy skrót, więc skręciliśmy dopiero na rozjeździe do Międzyzdrojów. Szkoda, bo skrót wiódł przez lasy, prawodopodobnie była to jakaś szlakówka. Ale jak jest się gapą, trzeba jechać drogą główną. Gdy więc pojawił się znak  na rozjeździe z kierunkiem Lubin,  zjechaliśmy na ta drogę.

Dojazd do Jeziora Turkusowego to zaledwie kilka kilometrów na południe od głównej drogi, ale to sztucznie zalane wyrobisko kredowe ma swój urok i warto je zobaczyć.

Nie przeciągając relacji z pierwszego dnia, mocno zmęczeni dokręciliśmy jeszcze 30 kilometrów i znaleźliśmy się w Świnoujściu, a właściwie jego prawobrzeżnej części. Dojazd do samego miasta to prosta droga z szerokimi poboczami, więc jechało się bardzo nudno. My pomyliliśmy drogi (pojechaliśmy na prom w kierunku centrum) i do noclegu dojechaliśmy na zasadzie „trójkąta”.

Wieczór spędziliśmy na odzyskiwaniu sił. Znaleźliśmy też chwilę na spacer do przeprawy promowej. Tam obserwowaliśmy statki wpływające i wypływające ze Świnoujścia oraz długie sznurki samochodów ustawiające się do przeprawy do centrum miasta.

Nieprzespana noc i gorący dzień zrobiły swoje. Po pierwszym dniu czuliśmy się naprawdę zmęczeni. Jego bilans to 140 km pokonane w czasie 5 godzin i 56 minut.

Szlak latarni morskich. Trasa dzisiejszego przejazdu na mapie:

Leave a Comment