Rajd rowerowy w Bieszczady – 3 dzień

Written by Kolo on Sierpień 17th, 2005

Przemyśl – Krasiczyn – Bircza – Tyrawa Wołoska – Lesko, 78 km (autobusem z Leska, przez Baligród do Kalnicy – 49 km)

Rano stwierdziłem, że Anglika już nie było, chociaż wstaliśmy o 7.20. Chłopaki mi powiedzieli, że chyba moje chrapanie go zdegustowało, musiał się chłopina nie wyspać :D.

W żółwim tempie zjedliśmy śniadanie, tym razem kanapki z serem i kiełbasą. Dostało nam się od studentek, które słyszały jak rzucaliśmy kilka niewybrednych przekleństw. O ile wstaliśmy rano, o tyle z postanowienia szybkiego wyjazdu nic nie wyszło. Pakowanie sakw znowu zabrało nam dużo czasu. Potem jeszcze kręciliśmy się po Starówce, gdzie narobiliśmy pełno zdjęć. Weszliśmy też na ruiny zamku.

Na koniec wreszcie, przed 11, zdecydowaliśmy się szukać klucza, żeby moje koło porządnie dokręcić. Sztuka ta udała się dopiero w 4 czy 5 sklepie motoryzacyjnym… a może szóstym? Trochę zdenerwowani ruszyliśmy w kierunku pierwszego tego dnia celu turystycznego- Krasiczyna.

Na zamku pierwszy raz złamaliśmy nasze zasady, płacąc po 0,5 zł za wejście i umożliwiliśmy sobie tym samym zwiedzenie zamku z poziomu parku wokół niego ;). Na zwiedzenie środka i tak nie mieliśmy czasu. Bilety wprawdzie nie były drogie (ulgowy chyba kosztował 2 zł), ale zwiedzać wnętrza można było wyłącznie z przewodnikiem o pełnych godzinach. Szkoda, bo przynajmniej z zewnątrz zamek w Krasiczynie to cudo architektoniczne przypominające baśniowe zamki z bajek Disneya.

Komu w drogę, temu czas, ruszyliśmy w kierunku Gór Słonych, a nad nami zbierały się ciemne chmury… Pierwsze krople deszczu spadły na kilometrowym podjeździe, ja się już w połowie wykruszyłem i prowadziłem rower. Nasza kolumna rowerowa ze względu na jakość sprzętu i formę fizyczną rozciągnęła się chyba na 1 km. Z przodu jechał Łukasz, który żadnej górce nie dał ze sobą wygrać, w środku ja, przeważnie podejmując walkę i szybko rezygnując, a na końcu Marcin, który ze swoimi przełożeniami walkę z górą przegrywał na starcie. A deszcz z minuty na minutę robił się silniejszy.

W końcu tak lało, że wszyscy się zjechaliśmy pod wiatę przystanku PKS, gdzie wkurzony Łukasz (istnieje lepsze słowo na określenie tego stanu, ale ze względu na powagę miejsca, nie wypada mi go użyć) trochę się ze mną posprzeczał. Generalnie w kłótni chodziło o to, że pojechaliśmy w góry bez przygotowania sprzętowego i fizycznego.

Po zakończeniu dyskusji zaczęło się uszczelnianie. Łukasz wykorzystał do tego celu worki, które kupił rankiem, tego dnia, Marcin miał już przygotowany worek na sakwę. Ja natomiast, z natury leniwy, w 2 minuty zabezpieczyłem sakwę, korzystając z jednorazowego płaszcza przeciwdeszczowego. Nawet nie chciało mi się zakładać na siebie czegokolwiek, bo i tak wiedziałem, że na nocleg dojadę kompletnie przemoczony. I tak nasza kolumna wyruszyła w dalszą drogę. Przyszło nam też walczyć z kolejnymi podjazdami. Metodą prób i błędów doszedłem do tego, jak powinienem zmieniać przełożenia, żeby dojechać przy jak najmniejszym wysiłku. Niestety pogoda nie rozpieszczała, nawet nie chciało się spojrzeć na piękne góry, bo deszcz lał równo przez okrągłą godzinę. Co pewien czas przystawaliśmy, żeby się spotkać.

Ze względu na różną formę fizyczną i styl jazdy każdy z nas jechał w swoim tempie. Tak było wygodniej. Mi lepiej podjeżdżało się samemu, a i tak po każdym podjeździe musieliśmy czekać na Marcina, który niejako nabierał już wprawy w … podchodzeniu pod góry. Jego rower kompletnie nie nadawał się w góry. Choć to może jego nogi były za słabe.

Po jakiejś godzinie musieliśmy pokonać następny, kilometrowy podjazd usiany serpentynami. Dojechałem do niego przed chłopakami i zacząłem własną, samotną walkę ;).

Podjeżdżało się całkiem dobrze, myślałem nawet, że w tempie 10 km/h dojadę przy przełożeniach 1:1 , ale nie miałem nawet pojęcia, jak bardzo się myliłem. Im więcej ruchów nogami na tej z pozoru luźnej przerzutce wykonywałem, a podjazd robił się coraz bardziej stromy, tym większy ból czułem w mięśniach. Było zdecydowanie za zimno. W połowie musiałem zejść, żeby przez jakieś 200-300 metrów prowadzenia roweru odpocząć sobie. Ostatecznie jednak podjechałem i była to moja pierwsza serpentyna, którą pokonałem po heroicznym boju ;). Potem nieco ociągałem się ze zjazdem, żeby chociaż nawiązać kontakt wzrokowy z chłopakami, oni jednak byli daleko. Co pewien czas dzwoniliśmy do siebie, żeby się upewnić, czy jedziemy tą samą drogą.

Do 3 tego dnia serpentyny dojechałem jako pierwszy. Nawet nie przypuszczałem, jaką walkę będę musiał stoczyć z 1,5 km podjazdem. Do samej serpentyny prowadził zresztą już podjazd, który mocno dał mi w kość. Na serpentynie powalczyłem tylko przez pierwsze 300-400 m. Potem czułem się nieciekawie. Duży ból w nogach, ogólne zmęczenie i wychłodzenie, niska temperatura – nic z tych czynników nie pomagało. Dobrze, że chociaż deszcz przestał padać. Serpentyny chyba pokonywałem przez pół godziny na pieszo. Na szczycie okazało się, że przekraczaliśmy główny masyw Gór Słonych, na lewo i prawo można było leśnymi ścieżkami dojść do szczytów mających powyżej 500 m n.p.m. Żeby było śmieszniej, wyczytałem, że cały czas jechaliśmy czarną ścieżką rowerową „z wojakiem Szwejkiem”. Sam z siebie się śmiałem. Pewnie sporo ludzi by wymiękło pod tą górkę na sucho, a my próbowaliśmy ją zdobyć z sakwami na bagażnikach ;).

Na szczycie na resztę musiałem sobie poczekać trochę. Zorientowałem się przy okazji, że widoczność jest mniejsza niż 100 m – wszystko przez gęstą mgłę. Po jakichś 20 minutach dotarł Łukasz, poza skrótem, jaki zrobił przez jakieś pole na nogach, cały czas podjeżdżał. Na Marcina czekaliśmy dość długo. Gdy już dojechał, mogliśmy się cieszyć kilkoma kilometrami z górki- również przez serpentyny. Pomimo wolnej drogi i dobrego asfaltu nie ryzykowaliśmy- na hamulcach zjeżdżaliśmy ok. 50-60 km/h, bo asfalt był mokry, a my zmęczeni. Mogliśmy nie zapanować nad rowerem w przypadku poślizgu. Przy rozjeździe zdecydowaliśmy, że jest zbyt późno na zwiedzanie Sanoka (mieliśmy zwiedzić Sanok, a potem jechać na nocleg do Kalnicy).

Byliśmy tak zmęczeni, że postanowiliśmy złapać autobus w Lesku i dojechać nim do Kalnicy. Doliną jakiejś rzeczki jechaliśmy po względnie płaskim terenie do samego Leska. Po drodze mijaliśmy ruiny zamku Sobień, ale darowaliśmy sobie ich obejrzenie.

Gdy dojechaliśmy do Leska, Łukasz zrobił sobie małą wycieczkę i nie wiedzieć dlaczego, zderzył się ze znakiem drogowym :D. Po tym wypadku zrezygnował i podjechał na dworzec PKS. Mieliśmy to szczęście, że już 2 autobus nas zabrał i w dodatku do samej Kalnicy. Zaoszczędziło nam to 50 km walki tego dnia- raczej nie dalibyśmy rady. Na miejscu noclegu stwierdziliśmy, że Kalnica znajduje się właściwie w dzikiej głuszy. W schronisku był duży ruch- oprócz nas były dwie ekipy, a na wieczór do naszej, wieloosobowej sali miało dojść jeszcze kilkanaście osób. W ostatniej chwili zrobiliśmy zakupy w jedynym w Kalnicy sklepie.

Schronisko w Kalnicy to typowa baza wypadowa. Kierowniczka była bardzo miła, pokazała nam całe schronisko, a za nocleg policzyła 14,2 zł. Zjedliśmy kolację i trochę pogadaliśmy sobie z ekipą z Łęcznej, która z nami dzieliła wieloosobówkę.
Na koniec okazało się, że kilkunastoosobowa ekipa, która miała dojechać na nocleg, to studentki, które już mieszkały z nami w Przemyślu. Niestety, było dla nich nie do pomyślenia, że będą spać z chłopcami w pokoju wieloosobowym, więc zrezygnowały i wyjechały. I dobrze, było więcej miejsca dla nas!

Leave a Comment