Rajd rowerowy w Bieszczady – 2 dzień

Written by Kolo on Sierpień 16th, 2005

Stalowa Wola – Nisko – Sokołów Małopolski – Medynia Głogowska – Łańcut, 80 km (autobusem z Łańcuta przez Przeworsk, Jarosław do Przemyśla – 70 km)

Nieprzywykli do szybkiego pakowania i porannego wstawania, mieliśmy rano niezłą obsuwę czasową. Na śniadanie zaliczyliśmy na szybko kanapki z pasztetem, bo czekała nas jeszcze wizyta w serwisie rowerowym- Marcin przed wyjazdem w góry nie pomyślał, że przy jego przedniej zębatce 52, dobrze byłoby zamontować przednią przerzutkę, która umożliwiłaby mu korzystanie z mniejszej zębatki na podjazdach ;). I tak zeszło nam z 1,5 godziny. Ostatecznie Stalową Wolę opuściliśmy przed 12. Chcąc nadrobić opóźnienie, Łukasz pojechał na „jedynce” i podciągnął trochę tempo. Jechało się o tyle dobrze, że wciąż znajdowaliśmy się w Kotlinie Sandomierskiej i jechaliśmy dość płaskim odcinkiem. Ruch na trasie był spory, ale jechało się w miarę bezpiecznie. Im bliżej było Sokołowa Małopolskiego, tym teren stawał się bardziej górzysty. W Sokołowie urzekł nas stary kościół z wysoką wieżą. Zatrzymaliśmy się na moment, zrobiliśmy kilka zdjęć, by następnie odbić w mniej uczęszczaną drogę na Medynię Głogowską.

Okazało się, że przez przypadek wjechaliśmy na krajoznawczy szlak rowerowy. Powstanie szlaku jest związane z okoliczną tradycją garncarstwa. Zresztą po drodze minęliśmy muzeum garncarstwa, w miejscowości Medyka. Niestety, nie udało mi się namówić chłopaków na wydatek paru złotych, za które mogliśmy zobaczyć od wewnątrz skansenik. Po zrobieniu kilku zdjęć z zewnątrz, pojechaliśmy dalej.

Tuż przed Łańcutem pojawiło się kilka bardzo ciekawych podjazdów, na jednym z nich Marcin i ja odpadliśmy i pełni szacunku dla górki, zaczęliśmy pod nią prowadzić rowery. Łukasz nie odpuścił i dzielnie podjechał pod ścianę.

W samym Łańcucie spotkała nas niespodzianka, ale nie przejęliśmy się za bardzo. Mianowicie dojechaliśmy o 15.30, na zwiedzanie Pałacu było za późno, mogliśmy jedynie zobaczyć wozownię. Starym zwyczajem zrobiliśmy na terenie starego parku wszystko, co można było zrobić za darmo- pełno zdjęć z zewnątrz.

W szybkim opuszczeniu Łańcuta przeszkodziła nam niestety burza. Lało chyba z godzinę. Gdy tak czekaliśmy w parku koło pałacu, obok przechodziła rodzinka. Sytuacja komiczna – rozeźlona żona łajała męża: „Zachciało się k**** zwiedzania, jak pałac czynny do 16”. Sytuacja nam trochę poprawiła humory, chociaż pogoda poprawić się nie chciała…

Zrezygnowani poszliśmy w końcu na peksy. Było zbyt późno, żeby w ogóle marzyć o dojechaniu na czas do Przemyśla. Z Łańcuta do Przemyśla było 70 km, a my tego dnia już byliśmy nieco zmęczeni. Na dworcu czekaliśmy chyba z godzinę, aż się jakiś autobus pojawi.

Dopiero kierowca 3 autobusu zgodził się nas zabrać. Szkoda tylko, że bileciki takie drogie – 17 zł za 70 km to jednak dużo.

W zasadzie mogliśmy żałować, że tego dnia złapał nas deszcz, bo musieliśmy zrezygnować z obejrzenia Jarosławia, pozostało nam jedynie patrzenie na miasto przez szyby starego autosana.

Dobrze, że Przemyśl nas nie ominął – piękne miasto. Z jednej strony góry, z drugiej wypłaszczenie, dolina Sanu. Bardzo malownicza okolica.

Szczególnie pięknie prezentowała się Starówka z licznymi kościołami, zabytkowymi kamienicami i zamkiem.

Na zwiedzanie było trochę późno, więc najpierw pojechaliśmy do PTSM Niedźwiadek. Nocleg znaleźliśmy dość łatwo, po zostawieniu wszystkich bagaży wyjechaliśmy na miasto, żeby nieco się zorientować w sytuacji, co jest do zobaczenia. Poza tym czekały nas małe zakupy.

Pech nas tego dnia nie opuszczał i gdy byłem w połowie podjazdu do zamku, odkręciło mi się koło (miałem pokrzywioną osłonę przerzutki, przez co nie można było dobrze dokręcić śruby). Brak odpowiednio wytrzymałego klucza sprawił, że tego wieczora jeszcze raz trzeba było dokręcać koło, żeby tylko dojechać do noclegu. W PTSM zapłaciliśmy 16 zł, dostaliśmy za to miejscówki w wieloosobowej sali. Tego samego wieczora był w niej z nami tylko Anglik wracający z wycieczki na Ukrainie. W schronisku panował fajny, turystyczny klimacik, na innym piętrze zakwaterowało się 11 studentek z Radomia i okolic (na podstawie tablic rejestracyjnych ich busa ;). Po kolacji (2 dzień z rzędu ryż+ sos słodko-kwaśny oraz duży jogurt) przyszła chwila na refleksje. Z Łukaszem ustaliliśmy, że zdecydowanie za późno przyjeżdżamy do schronisk i jemy zbyt dużą kolację. Po 23 położyliśmy się spać z postanowieniem, że wstaniemy o 7.

Leave a Comment