Rajd po Polsce 2008, 5 dzień, Elbląg – Władysławowo

Written by Kolo on Sierpień 9th, 2008

Bilans dnia: 150 km, czas jazdy: 7,5 h.

Ossstra jazda!

Od początku miało być ambitnie. Do przejechania było jakieś 135 km na trasie Elbląg – Władysławowo.  Do Gdańska jechaliśmy przez monotonnie płaskie Żuławy – tego się spodziewaliśmy. Zaskoczył nas silny, przeciwny wiatr. Każdy kilometr trasy z trudem wydzieraliśmy, mając w perspektywie kolejne 80-90.

W Gdańsku odwiedziliśmy mojego wspólnika – Nowakera. Chociaż trochę trzeba było się natrudzić, żeby do niego dojechać. Tuż przed miastem skręciliśmy w lewo, na Pruszcz Gdański. po kilku kilometrach odbiliśmy w brukowaną drogę. Mocno trzęsło. Skonsultowaliśmy drogę z napotkanymi ludźmi, choć ciężko było ustalić z nimi, czy dobrze jedziemy. W każdym razie kierunku nie zmieniliśmy i pojechaliśmy wzdłuż Motławy, jej lewym brzegiem. Po drodze trochę nerwy wzięły nade mną górę, bo szybko doszedłem do wniosku, że zmiana drogi i uniknięcie centrum miasta było błędem. Jechaliśmy fatalną drogą, zdecydowanie dłużej, niż gdybyśmy się zdecydowali jechać przez centrum. Na dodatek na skutek wibracji rozrkecił mi się hamulec przedni i zgubiłem śrubę i nakładki. Przez następne kilka dni jechałem na jednym.

Po kilku konsultacjach telefonicznych dojechaliśmy w końcu do Damiana aka Nowakera, na Zakoniczyn. Tam trochę posililiśmy się. Potem przepakowaliśmy się – część rzeczy, które uznaliśmy za zbędne, zostawiliśmy u Damiana. Niestety, nie udało nam się znaleźć noclegu przez Internet. Z tego też powodu zdecydowalem się nie zostawiać namiotu, który był wzięty na wypadek, gdyby nie było innego noclegu.

Nie za dobrze było z moją nogą. Podrażnienie nabrało na kolenie ostrego charakteru – obrzęg dotarł do tkanki podskórnej. Z bąbki sączył się płyn. To mógł być początek końca przygody.  Łukasz też narzekał na ścięgno Achillesa. Chociaż nie chciał posłuchać rad, żeby obniżyć siodełko.

U Damiana było miło, ale w końcu późnym popołudniem ruszyliśmy przez Trójmiasto, gdzie kilkukrotnie gubiliśmy drogę. Przejechaliśmy poprawnie przez centrum Gdańska, Gdańsk Oliwę i Sopot. Trochę denerwowały pojawiające się i nagle znikające ścieżki rowerowe. Poza tym spory ruch w centrum – trzeba było jechać ostrożnie!

W Gdyni trochę zbłądziliśmy. Zamiast w centrum skręcić w lewo, pojechaliśmy prosto i dojechaliśmy prawie do samego portu. Skonsultowaliśmy drogę z miejscowymi, a oni nas pokierowali, jak wyjechać. Ale po kilku kilometrach trzeba było pytać dalej. Wiadukt i pełno ślimaków w różnych kierunkach, nie wiadomo, dokąd jechać. Zaczepiliśmy kolarza wracającego z treningu, który zaproponował, żebyśmy jechali za nim, bo mieszka przy drodze, którą powinniśmy wyjechać na Rumię. Korzystamy z zaproszenia do wspólnej jazdy. Chociaż przypłaciliśmy to lekką zadyszką – ze swoimi przyczepkami musimy nadążyć za dość mocnym rowerzystą bez obciążenia. Wychodzi na to, że jedziemy koło 30 km/h. Łukasz się co chwila patrzy na mnie, a ja na niego, i uśmiechając się, walczymy, żeby nie odpaść.

W końcu kolarz zatrzymuje się przed osiedlem, chwilę jeszcze rozmawiamy. Mówi, że on najdłuższy wyjazd do tej pory miał w granicach 300 km w trzy dni. My mamy 5 dzień i ponad 500 km w nogach :). Następnie otrzymujemy wskazówki, jak pojechać dalej. Dziękujemy za pomoc i ruszamy dalej.

Robi się chłodno, a zmęczenie daje znać o sobie. Zatrzymujemy się więc chwilę po pożegnaniu, w sklepie, gdzieś już prawie za Gdynią, a przed Rumią. Jemy jedną serię słodkich bułek. A potem następną. Do sklepu w międzyczasie przychodzi miejscowe dresiarstwo. Zastanawiam się, za jakim klubem piłkarskim się opowiedzieć w razie zaczepki. Na szczęście grupka jest niegroźna. W sklepie jedynie pytają Łukasza, skąd i dokąd jedziemy. Na wiadomość, że wyjechaliśmy z Białegostoku wyrażają swój podziw, w sposób niecenzuralny zresztą z tego, co pamiętam. Trochę płynów i ruszamy!

Udało się nam wyjechać na Rumię. Tam znowu pytamy się o rozsądną drogę do Władysławowa. Możemy jechać przez jakąś drogę starą koło lotniska, albo drogą główną. Wybieramy drugi wariant, bo nie chcemy kluczyć. Przejeżdżamy przez parking supermarketu i wyjeżdżamy na główną drogę.

Kolejne kilometry idą średnio, jest spory ruch. W lasku za Redą zatrzymujemy się jeszcze na chwilę, a potem jedziemy na Władysławowo. W pewnym momencie zaczyna nam nawet pomagać wiatr, więc ciągniemy 30 km/h. Pogoda robi się super. Nie wieje tak silnie, jak w Gdańsku. Jest słoneczne, późne popołudnie. Po drodze mijamy turbiny wiatrowe.

W międzyczsie pokonujemy kilka nieznacznych wzniesień, po godzinie 18 zjeżdzaliśmy lekko pochyloną trasą w kierunku Władysławowa. Mały falstart tuż przed Władysławowem – zatrzymujemy się w Swarzewie myśląc, że to Władysławowo. Szybko zauważamy błąd i wracamy na główną drogę. Tuż przed Władysławowem zaczyna się ścieżka rowerowa. Decydujemy się zjechać na nią. Przy okazji robimy kilka zdjęć.

Na miejscu mała kłótnia. Łukasz stwierdza, że nie chce iść pod namiot, tylko chce kwaterę. W zasadzie nie idzie o cenę kwatery (mamy być 2 dni, jest  weekend, a co za tym idzie – weekendowe ceny), tylko o to, że nie powiedział mi tego wcześniej i wiozłem niepotrzebnie namiot, chociaż mogłem go zostawić u Damiana. Kłótnia musiała wyglądać dość ciekawie z perspektywy przechodniów, którzy gapili się na nas, a my sobie spokojnie krążyliśmy w kółko pod wieżą we Władku i rzucaliśmy na siebie mięso :).

W końcu ciśnienie zeszło. Po godzinie szukania Łukasz znajduje kwaterę. po 4o zł za dobę od osoby. Da się przeżyć, chociaż dużo brakuje do rekordowych 8 zł za nocleg sprzed lat.

Przed kwaterunkiem jedziemy jeszcze do Biedronki, która znajduje się u nasady Półwyspu Helskiego. Po drodze Łukasz łapie kapcia :). Tym razem na flaczejącej oponie dojeżdża pod sklep. Podział obowiązków jest więc jasny. Ja idę po jedzenie, a Łukasz łata/przekłada/whatever :). Godzinę później jesteśmy zakwaterowani. Wieczór mija na zimnym piwku i oglądaniu powtórek z występów naszych i nie-naszych ;) w Peknie.

To był długi, ciężki dzień. Na dodatek obydwaj mamy lekkie kontuzje. Moja jest trochę poważniejsza. Stan kolana jest fatalny – jego objętość jest dwa 1,5 raza większa, niż drugiego. Konsultuję się z mamą przez telefon. Jutro dzień przerwy, kupię lekarstwa w aptece i zobaczymy, co z tego wyniknie.

Na koniec mała refleksja – czy będzie taki dzień, kiedy przejedziemy mniej niż 100 km? O tak, jutro mamy dzień wolny od kręcenia :).

1 Comments so far ↓

  1. Nowaker pisze:

    Ciekawe dokąd to się Łukasz tak spieszył i dlaczego zostaliście we Władysławowie aż dwa dni, hmmm, no nie wiem ;>

Leave a Comment