Rajd po Polsce 2008, 1 dzień, Białystok – Suwałki

Written by Kolo on Sierpień 5th, 2008

Bilans dnia – 130 km, 5 h 5 min. jazdy.

Pierwszym sukcesem dnia było punktualne wstanie na pociąg. Planowo, choć z niemałym trudem, wpakowaliśmy rowery z przyczepkami do autobusu 166 i tak pojechaliśmy do Warszawy Wschodniej. Dodam, że autobus to była moja koncepcja. Łukasz chciał koniecznie dojechać rowerem do dworca. Udało mi się to wybić mu z głowy. W autobusie Łukasz przeprowadził dyskusję z jakimś pasażerem na temat przyczepek rowerowych, które mocno rzucały się w oczy nie tylko ze względu na kolor, ale też na fakt, że sporo miejsca. Potem jeszcze tylko zabawna historia, kiedy kierowca autobusu w pewnym momencie się zawahał i zapytał pasażerów, czy dobrze jedzie :D.

Kierowca jechał dobrze, więc na dworzec przyjechaliśmy bez opóźnienia. Pociąg też się nie opóźnił i planowo wyruszyliśmy na naszą rowerową wyprawę po Polsce.  W przedziale siedzieliśmy z parką, która jechała gdzieś dalej, do Augustowa albo Suwałk. My po 2 godzinach jazdy pociągu wylądowaliśmy w Białystoku. Pamiątkowa fotka przez dworcem kolejowym i oficjalnie ruszyliśmy.

A daleko nie ujechaliśmy, bo zaraz za miastem, gdy w oddali już widać było Puszczę Knyszyńską, przez przypadek trafiliśmy na Muzeum Wsi Białostockiej. Wejście 1 zł, my bezpłatnie, bo był wtorek :). W porównaniu ze skansenem w Sanoku czy Lublinie może nie tak imponujący, ale wystarczająco ciekawy, by wejść do środka. W środku kilka ładnych chat, wiatrak, konik skubiący trawę. Ot, Polska country.

Mzueum Wsi Białostockiej

Muzeum Wsi Białostockiej

Muzeum Wsi Białostockiej

Muzeum Wsi Białostockiej, Don Kichot

Muzeum Wsi Białostockiej

Pierwsze kilometry z przyczepkami Extrawheel były dziwne. Czuć, że jest opór, chociaż bez spojrzenia za siebie, nie wiadomo, dlaczego. Właściwie powinienem napisać inaczej – moc w nogach jest, pedałuję mocno, ale prędkość jakby nie ta. Skręcanie czasem niepewne, aczkolwiek powoli przyzwyczajaliśmy się do 3 kółka. Po pewnym czasie negatywne wrażenia z jazdy z przyczepką rowerową znikają. Od tego czasu tylko w trakcie zwalniania i przyspieszania czuliśmy Extrawheela.

Jeżeli chodzi o drogę Białystok – Suwałki, to pod względem asfaltu narzekać nie można. Chociaż miejscami były koleiny. Natomiast droga ta straszna była ze względu na natężenie ruchu tirów. Ciężarówki wyprzedzały nas bez przerwy. Zaryzykuję stwierdzenie, że 80% samochodów poruszających się na tej drodze to wielkie, śmierdzące tiry. Wszystkie zmierzały do granicy. Na szczęście skończyło się na negatywnych wrażeniach, bez większych przygód.

Pogoda, jak widać na zdjęciach, dopisywała, ale do czasu.  Na 30 km zatrzymaliśmy się na chwilę w zatoczce autobusowej, na kilka kilometrów przed Korycinem. Trochę wzmocniliśmy się kanapkami i Łukasz stwierdził, że musi dobić powietrza do dętki. Wykonał kilka ruchów pompką, po czym usłyszeliśmy „pssss”. Po zdjęciu dętki okazało się, że odkleił się wentyl! 1:0 w kapciach dla Łukasza ;).

Pierwszy kapeć Łukasza

Pecha ciąg dalszy – chcemy ruszać i zaczyna padać. Czekamy 40 minut na przystanku autobusowym. Już prawie 14, a przed nami jeszcze 90 km. W końcu decydujemy się jechać dalej, gdy jest już tylko lekka mżawka.

W ogóle tego dnia nieprzyjemnie się nam jedzie. Krajowa ósemka to zdecydowanie nie jest droga dla kolarzy. Przekonaliśmy się o tym tego dnia, gdy wyminęło nas kilkaset tirów. Na szczęście deszcz nie był na tyle uciążliwy, choć w połączeniu z silnym zachodnim wiatrem (50 km/h) dawał się we znaki. I w zasadzie tyle wrażeń, bo przez Suchowolę przejechaliśmy, stając tylko na chwilę. Spieszyło nam się, było późno, zimno, a pogoda była niepewna. Wkrótce przejechaliśmy przez most na Biebrzy. Rzeka ta raczej mnie rozczarowała. Na mapie wygląda imponująco. Tymczasem widziałem tylko dużo szuwarów i leniwie meandrującą rzekę.

W Augustowie nie mamy czasu na zwiedzanie. Ciężkie, stalowe chmury nie zachęcają do postoju. Już myślałem, że uda nam się uciec przed nimi. Tymczasem przy wyjeździe na Suwałki czuję krople deszczu. Zakładam pelerynkę z nadzieją, że to kolejna mżawka. Ale robi się naprawę ostro. Pada przez całe 31 km, aż do Suwałk.

Jestem kompletnie przemoczony, jedziemy w granicach 30 km/h, bo i tak wszystko jest mokre. Ja nie mam błotników, a nowiutkie opony zbierają wodę z jezdni i leją fontanną deszczówki na mój plecak. Mija nas mnóstwo tirów, na szczęście jest pas awaryjny, po którym jedziemy do samego miasta.

W Suwałkach odnajdujemy w miarę sprawnie nocleg na ulicy Sejneńskiej. Za 24 zł mamy łóżka w przyzwoitych warunkach, w internacie szkoły pielęgniarskiej. Kąpiel i przebranie się w suche rzeczy to dla nas zbawienie po tak mokrym dniu. Potem cały pokój obwieszamy przemoczonymi rzeczami.

Na szczęście nie zepsuł się aparat, który jechał w plecaku rowerowym razem z telefonem i portfelem. Co prawda wszystko jest wilgotne (przez 30 km po plecaku ciął strumień wody z opon), ale elektronika działa. Postanowiłem, że przez kolejne dni wszystkie cenne rzeczy będę owijał dodatkowo w torebki foliowe.

Po zjedzeniu zupek chińskich i wykąpaniu się idziemy do miasta. Pecha ciąg dalszy, bo w trakcie kilkukilometrowej wycieczki w obydwie strony znowu nas moczy deszcz. Takie już nasze szczęście. Może jutro będzie lepiej. Na koniec dnia wysyłam Damianowi raport w MMSie, żeby dodał na stronę. A my idziemy spać.

Leave a Comment