Na blogu piszę o moich doświadczeniach rowerowych. Testuję sprzęt rowerowy i turystyczny, przedstawiam relacje z wyjazdów – moje wycieczki i wyprawy rowerowe oraz zwykłe wyjazdy turystyczne. Informuję też o ciekawych wydarzeniach. Zapraszam do częstych odwiedzin!
Wyjazdy turystyczne
...now browsing by category
Relacje z wyjazdów bez roweru. W Polskę i za granicę.
Bałtów – 6,0 km – Pętkowice – 9,1 km – Potoczek – 5,1 km – Tarłów – 3,4 km – Zęborzyn – 9,4 km – Solec nad Wisłą – 7,1 km – Boiska – 9,5 km – Chotcza – 2,5 km – Borowiec – 4,1 km – Lucimia – 5,9 km – Janowiec
Końcówka lata to świetna pora na wycieczki rowerowe. Czas ten spędzam na zwiedzaniu okolicy i poszukiwaniu wszelkich informacji na temat szlaków rowerowych. Tym sposobem natrafiłem na bardzo ciekawy szlak rowerowy – Szlak żółwia i dinozaura. Czy można połączyć zwiedzanie takich miejscowości jak Kazimierz Dolny, Janowiec, Solec nad Wisłą i Bałtów? Okazuje się, że tak!
Trasa, która łączy Kazimierz Dolny z Bałtowem to świetna propozycja na wypad weekendowy. 62 kmgwarantuje wiele wrażeń. A jest to trasa podstawowa, można zjechać ze szlaku i odwiedzić inne miejscowości Powiśla (np. Lipsko).
Ale dlaczego szlak żółwia i dinozaura? Nazwa szlaku jest nieprzypadkowa. Łączy ona miejsca występowania dwóch gadów. Żółw błotny znalazł swoją ostoję w rezerwacie Borowiec, który powstał w dolinie rzeki Zwolenki. Natomiast w okolicy Bałtowa znaleziono odcisk Allozaura.
Z własnych wrażeń na szlaku dodam tylko, że każdy, kto ceni sobie spokój i ciszę, będzie zadowolony z rajdu po Powiślu. O ile Kazimierz Dolny i Janowiec to miejscowości bardzo turystyczne i znane, to każdy doceni spokojne, mało uczęszczane drogi i odkryje ciekawostki krajoznawcze Powiśla. Na deser Park Jurajski w Bałtowie. Ponoć pierwszy taki w Polsce. Czy wchodzić i oglądać plastikowe gady, to indywidualna decyzja. Moim skromnym zdaniem lepiej pokręcić się po okolicach Bałtowa i np. skorzystać z możliwości spływu tratwami po rzece Kamiennej.
wiele informacji na temat szlaku znajdziecie pod tym linkiem.
Na koniec tradycyjnie zamieszczam mapkę, która będzie udoskonalana w miarę przypływu informacji na temat szlaku żółwia i dinozaura.
- Gdzie wybierasz się na wakacje? – Do Rumunii. Miny moich znajomych mówiły same za siebie. Wakacje w Rumunii stanowiły dla nich większą egzotykę niż wycieczka na Madagaskar. Ja spokojnie uzasadniałem swój wybór, chociaż w duchu też się zastanawiałem, ba, martwiłem, jak tam w ogóle będzie. Zupełnie niepotrzebnie!
Prolog
Zawsze zastanawiała mnie pewna prawidłowość. Mamy szeroką wiedzę na temat krajów takich jak Francja, Hiszpania, Wielka Brytania, czy Stany Zjednoczone. Jednocześnie niewiele możemy powiedzieć na temat krajów z nami sąsiadujących. Rumunia z Polską nie sąsiaduje, ale odniosłem wrażenie, że dużo łatwiej dostać się do Chin, niż do tego kraju.
Trudności, jakie napotkałem w znalezieniu aktualnych informacji dotyczących Rumunii sugerowały, że mój pomysł na wakacje jest naprawdę egzotyczny. Świadczyła o tym rozmowa telefoniczna z obsługą PKS Przemyśl, skąd jest jedyne połączenie autobusowe z Rumunią. Zresztą to nie Polacy, lecz rumuński autobus dojeżdża do Przemyśla z miejscowości Suczawa. Cena to jedyne 140 zł. Możliwy jest oczywiście transport lotniczy do Bukaresztu (1100 zł w obie strony) lub pociąg (ok. 260 zł). Ale taki dojazd nijak miał się do mojego planu objechania Rumunii.
Padło na kurs z przesiadką. Autobus z Warszawy do Budapesztu to dla nas wydatek rzędu 140 zł. Zwiedzimy Budapeszt, w końcu tam jeszcze nie byliśmy. I rzeczywiście, pomysł był przedni. Bo o ile dzień w Budapeszcie był upalny, a przez to nie w pełni czerpaliśmy radość z odkrywania węgierskiej stolicy, o tyle w nocy Budapeszt zachwycił iluminacjami, w których tonęły architektoniczne perełki tego miasta. Takich wrażeń nie zapewniła mi nawet wizyta w Big Apple!
8 rano następnego dnia to wizyta na dworcu autobusowym Nepliget. Około 8.30 podjechał rumuński busik. Za 60 zł zawiezie nas do rumuńskiej Oradei. 5 godzin podróży i pierwszy szok kulturowy.
Rumunia welcome!
Pytanie straży granicznej szybko weryfikuje moje złudne nadzieje, że dogadamy się po angielsku. Dopiero gdy kobieta ponowiła pytanie łamanym rosyjskim bezbłędnie odpowiedziałem „Oradea”. To słowo-klucz otworzyło nam bramy rumuńskiego raju. Szkoda tylko że sama Oradea okazała się smutnym, szarym miastem przy granicy. Cudem dojechaliśmy do dworca autobusowego dzięki uprzejmemu człowiekowi w pomarańczowych spodniach, który znał 6 słów po rosyjsku, 3 po angielsku i jedno hiszpańskie – amigo. Naszą konwersację wzbogaciły moje 3 strony a4 ze zwrotami rumuńskimi. Ale tam, gdzie brakuje słów, wystarczy trochę serdeczności i chęci pomocy. I tak spotkanie pierwszego miłego Rumuna w czasie naszych wakacji pozwoliło nam przedostać się z Oradei do Bejus.
Góry Apuseni
Po dwóch dniach spędzonych w kurorcie Stana de Vale i wędrówkach po rumuńskich górach mógłbym śmiało rzec, że tak właśnie sobie wyobrażałem Rumunię. Wąskie, naturalne szlaki wijące się niczym strumienie przez bujnie rosnące lasy, powyrywane przez wichurę drzewa, których nikt nie porządkuje, a sporadycznie spotykani na szlaku ludzie – mili i serdeczni.
Zmierzamy do wodospadu Draculi. Jedna z dwóch atrakcji w tym rejonie, zaznaczona na naszej mapie topograficznej. Nie mamy kompasu, ale szlak jest bardzo dobrze oznaczony. 2 km podchodzenia w górę ścieżki leśnej prowadzi nas do pięknej polany, na której pasą się konie. Słychać szum wiatru w koronach drzew. Polaną idziemy kilkadziesiąt minut. Jakieś 1,5 km od nas, w dolinie, widzimy wypasające się owce. Znowu wchodzimy w las. Ścieżka jest bardzo wąska i śliska. W pewnym momencie przechodzimy przez mały jar. U jego wylotu spiętrzone są ogromne głazy ważące kilkanaście ton każdy. Cudnie! 20 minut w górę strumienia i dochodzimy do naszego celu podróży – Wodospadu Draculi.
Po 2 dniach w górach Apuseni, rumuńskich Bieszczadach, przemieszczamy się dalej. Będziemy tęsknić za widokiem bezludnych gór, wilgocią górskiego powietrza, odgłosem dzwonków rdzawo łaciatych krów i widokiem owiec popędzanych z jednej łąki na drugą przez rumuńskich pasterzy zaczepiających każdego turystę, czy nie ma przypadkiem papierosa.
Kraina saskich cytadeli
Kraina saskich cytadeli, tak zwykło się mawiać o Siedmiogrodzie, znanym też z rumuńskiej nazwy jako Transylwania. Widać tutaj zaszłości historyczne. Niegdyś centrum interesów niemieckich Habsburgów. Nie odwiedzamy Klużu i Sybinu. Jesteśmy za to w Sighisoarze i w Braszowie. Sighisoara to miasteczko przemysłowe. Ale ścisłe, historyczne centrum otaczają wieżyczki i pozostałości murów obronnych. Stare miasto to 3-godzinna mekka dla turystów. Bo tyle mniej więcej będzie potrzebował turysta, aby z uwagą obejrzeć wszystkie atrakcje. Potem wypożyczamy rowery górskie i jedziemy zwiedzić okolicę. Tutaj poznajemy drugie oblicze Rumunii. Zniszczone, zaniedbane wioski. Walące się chałupy i dzieci bawiące się przy drodze. Najgorzej wyglądają wsie zamieszkane przez Romów. Przypominają getta. Najbardziej wstrząsający jest widok Romów buszujących wraz z dziećmi na miejskim wysypisku śmieci. W pobrudzonych ubraniach, w cuchnącej atmosferze przegrzebują sterty śmieci wywiezionych z miasta.
Brasov, jedno z głównych miast Siedmiogrodu, to rumuńskie Hollywood. Tak zapamiętam domy z czerwonymi dachami leżące u stóp góry Tampa, na zboczu której umieszczono iluminujący nocą napis „Brasov”. Obok, z wgryzającej się w strome zbocze platformy widokowej można oglądać miasto w pełnej krasie. Na lewo widać drogę wijącą się niczym wąż po łagodnym zboczu. Prowadzi do Poiany Brasov, zimowego kurortu Rumunów. Na wprost historyczna część miasta i widok na Czarny Kościół oraz Białą i Czarną wieżę oraz kilka cerkwi rozrzuconych po całym mieście.
Wieczorem strasznie leje, więc tym razem musimy sobie odpuścić fotografowanie miasta nocą. W hostelu gospodyni namawia nas na podglądanie niedźwiedzi nocą za „jedyne” 20 lei. Miśki podchodzą codziennie do śmietników przy blokach żeby zaspokoić swój wielkomiejski apetyt. Widziałem już takiego misia w Stanach Zjednoczonych, 20 metrów ode mnie, więc za wyprawę grzecznie dziękuję. Za to na drugi dzień wykupujemy dwie wycieczki – do zamku w Bran, gdzie w narosłej mitologii osadzono księcia mroku, przesławnego Draculę. Zamek świetny. Ale po południu oglądamy coś lepszego; architektoniczną perełkę, letnią rezydencję władcy – zamek Peles położony w Sinai, w górach Bucegi. Wspaniała zbrojownia i dekoracje wnętrz robią wrażenie. Na koniec oglądamy pobliską cerkiew.
Bukareszt
Wszystkie szlaki komunikacyjne prowadzą do Bukaresztu. Na półmetku naszej wyprawy trafiamy do stolicy, która kilkanaście lat wcześniej doświadczyła trzęsienia ziemi i autorytarnych rządów szaleńca. Ceausescu zafundował Bukaresztowi zbrodnię architektoniczną. Wyburzył zabytkowe kamienice by zrealizować chorą wizję utworzenia ścisłego centrum władzy w Rumunii. 20 tysięcy robotników realizowało szatański plan. Tak powstał Pałac Ludu, który po odwilży został przemianowany na Pałac Parlamentu i obecnie służy Rumunii zgodnie ze swoją nazwą. Jest to 2 po Pentagonie największy budynek świata. Głęboko pod ziemią skrywa 4-piętrowy schron atomowy i sieć korytararzy ewakuacyjnych.
Centrum polityczne i ciągnące się kilometrami fontanny to jedno oblicze miasta. Stolica Rumunii przypomina Kopciuszka, ale z odkrywania detali czerpaliśmy niesamowitą przyjemność. I tak warto zobaczyć parki, które stanowią ostoję mieszkańców stolicy. Na uwagę zasługują też świątynie – cerkiewki poutykane między blokowiska i zaniedbane kamienice. Na północy miasta jest wielka, „opuszczona” wieś – Muzeum Wsi Rumuńskiej. Godna uwagi, chociaż zgadzam się z autorem przewodnika, że na więcej uwagi zasługuje znajdujące się przy tej samej ulicy, ale 2-3 km na południe, Muzeum Chłopa Rumuńskiego. W środku widzieliśmy barwne stroje, fotografie, przedmioty codziennego użytku i fragmenty domów, młynów. Wraz ze współtowarzyszami odysei po Rumunii uznałem, że dla realizacji postulatu chłopomanii najlepiej byłoby połączyć dwa wymienione muzea w jedną całość.
Trochę na złość mieszkańcom stolicy decydujemy, że jeden dzień w rumuńskiej metropolii wystarczy i rankiem wyruszamy dalej, w stronę rumuńskiego morza.
Morze się marzy
Mimo że nie tak atrakcyjne, jak na Krymie, wybrzeże rumuńskie w okolicy Constanty zasługuje na uwagę. Pomijając nieciekawą część portową, stęskniony za nic nierobieniem turysta z radością dojedzie z dworca kolejowego do kurortu Mamaja. Tak też zrobiliśmy i nie mogliśmy się nadziwić plażowej atmosferze i … cenom, dość przystępnym jak na nadmorski kurort. Ciekawostką Mamai jest kolejka linowa. Zgaduję, że nie służy celom transportowym – taksówek i busów jeździ tu dużo – a jedynie widokowym. Wieczór można spędzić na dyskotece, w klubie lub pubie. My wieczór spędziliśmy w namiocie na kempingu, ale słychać było zarówno sąsiadującą z naszym kempingiem dyskotekę, jak i pijaną młodzież nadającą przez całą noc komunikaty przez megafon samochodowy…
Bukowina
Z Constanty można wracać do Bukaresztu, jechać nad deltę Dunaju lub … pod granicę Ukraińską. Suczawa stanowi bramę Bukowiny. Jest też jednocześnie jednym z większych miast przygranicznych oraz naszym „portem”, z którego 2 dni później zamierzaliśmy wyruszyć w drogę powrotną do Polski. Ale zdrajcą rumuńskiej kultury byłby ten, kto nie zobaczyłby przynajmniej jednego z pobliskich klasztorów, czy też cerkwi. W ogóle Bukowina, choć wypalona przez słońce, swoją orografią przywiodła mi na myśl polskie Roztocze. Klasztor w Dragomirnej był ostatnim z obowiązkowych punktów naszej wyprawy. Nie rozczarował. Cała Bukowina zaskoczyła swoim spokojem i sielskością. Zapamiętam to miejsce głównie dzięki temu, że właśnie w tym miejscu pierwszy raz w życiu złapaliśmy na stopa furmankę…
Epilog
Autobus z Suczawy wyjechał o 4 rano w środę. Pędził jak szalony pociąg, wjeżdżając z dziury w dziurę na ukraińskich drogach. O godzinie 14 zaczęło się trzepanie rumuńskich przemytników na polskiej granicy celnej. Nas, turystów z Polski, puszczono bez otwierania bagaży.
W polskim pociągu zastanawiałem się, co napiszę w podsumowaniu. W końcu Rumunia nie jest wcale zła. W zasadzie to czułem się w niej bezpieczniej, niż na ulicach Warszawy. Niewątpliwie Rumunii to miły i serdeczny naród. Trochę niedoceniany w Europie, bo utożsamiany z cygańską mniejszością. Niesłusznie. To dwa, zupełnie różniące się narody. Chyba najlepiej było to widać w zestawieniu cygańska wioska w okolicach Sighisoary i młodzi Rumunii jadący w Constancie luksusowym Maserati.
Nie wiem, czy kiedyś do Rumunii wrócę. Być może przejazdem, gdy będę zmierzał do Mołdawii, zahaczę o deltę Dunaju. Jedno z tych obowiązkowych miejsc, których w Rumunii nie udało mi się zobaczyć.